Strona główna » Wywiady » „Kocham to, co robię i robię to z zamiłowania”

„Kocham to, co robię i robię to z zamiłowania”

Dodano: 2012-02-13, autor: Karol Szabucki

Dziś chciałbym Państwu przedstawić bliżej pana Krzysztofa Meldera, współtwórcę festiwalu „Blues w Leśniczówce”, przewodniczącego bractwa bluesowego „Blue Note”, człowieka, który „macza palce” w większości koncertów rockowo-bluesowych, odbywających się na terenie powiatu kartuskiego.

- Jak zaczęła się Pana przygoda z organizacją imprez muzycznych?

- Pierwszą, którą organizowałem, był festiwal Blues w Leśniczówce, a potem poszło już z górki. Trzy miesiące później postanowiłem zorganizować kolejny koncert. Było to w Szkole Muzycznej w Kartuzach. Cała impreza zrobiona była po pod hasłem „Bluesowa gwiazdka”. Na scenie wystąpili wtedy Jarek Werbliński i Marcin Wądołowski oraz piosenkarka Anika i Bartek Miarka. Zacząłem od Aniki w Kartuzach, a teraz zaczynam od Aniki w Żukowie. Mam nadzieję, że koncert w Żukowie również zakończy się sukcesem, tak jak ówczesny koncert w Kartuzach.

- I co było dalej?

- Tak właściwie koncert zorganizowany w kartuskiej szkole muzycznej spowodował, że ruszyła lawina pomysłów na realizację podobnych projektów. Jednym z nich, chyba najciekawszym, który udało mi się zrealizować, były wykłady bluesowe. Odbyły się również w Szkole Muzycznej w Kartuzach. Pierwszy wykład poprowadził Romek Puchowski, który pokazał wszystkim, co można zrobić z gitarą, jakie ciekawe melodie z niej wydobyć oraz opowiedział wiele ciekawych historii dotyczących muzyki bluesowej.

- Przejdźmy może do „Bluesa w Leśniczówce”. Kto był inicjatorem tego festiwalu?

- Był to wrzesień 2007 roku. Wymyśliliśmy to wspólnie z Leszkiem Przewoskim i Piotrem Karwackim. Głównym naszym celem było zrobić coś w celu rozpropagowania muzyki bluesowej w Kartuzach. Tak naprawdę chcieliśmy się włączyć w organizację ogólnopolskiego Dnia Bluesa, który co roku odbywa się właśnie we wrześniu, w rocznicę urodzin B.B. Kinga. W związku z tym zrodziła się inicjatywa, aby zrobić z tej okazji jakiś koncert. Długo szukaliśmy miejsca, gdzie mógłby się odbyć. Pewnego dnia postanowiłem zabrać Piotra i Leszka do Mirachowa, pokazać im to miejsce. Gdy obejrzeliśmy to miejsce, zapadła wspólna decyzja, że jest idealne i że właśnie tu odbędzie się nasz pierwszy koncert bluesowy. Doszliśmy jednak do wniosku, że skoro dysponujemy takim fajnym miejscem, do tego z zapleczem scenicznym, to można by zmienić formę tego wydarzenia. To wtedy właśnie zdecydowaliśmy, że zamiast koncertu odbędzie się w tym miejscu mały festiwal bluesowy.

- Kto zagrał podczas pierwszej edycji festiwalu?

- Gwiazdą pierwszej edycji była łódzka kapela Tipsy Drivers. Wystąpiły też takie kapele jak: Mississippi Blues, nasz rodzimy Young and Zgreds oraz stawiający pierwsze kroki sceniczne, nieistniejący już zespół z Kartuz, Mojo Hands.

- Jak trzem ludziom udało się stworzyć imprezę, na którą dziś przychodzi około tysiąc osób?

- Podzieliliśmy się obowiązkami. Każdy dostał swoją „działkę” i każdy był za nią odpowiedzialny. Ta zasada obowiązuje do dziś i myślę, że to dzięki niej wszystko nadal świetnie funkcjonuje. Poszliśmy na żywioł. My jesteśmy po prostu „maniakami”, kochamy to, co robimy, wkładamy w to serce i mnóstwo wolnego czasu. To chyba główne przyczyny tego, że w tym roku już po raz szósty odbędzie się Blues w Leśniczówce i mam nadzieję, że zakończy się kolejnym sukcesem.

- Co mówią muzycy, którzy przyjeżdżają na ten festiwal?

- Twierdzą, że takiego klimatu dla muzyków, swobody muzycznej, nie ma na żadnej innej imprezie w Polsce. Bo chciałbym zaznaczyć, że my nie ograniczamy muzyków ani czasowo, ani stylistycznie, po prostu dajemy im wolną rękę. W Polsce nie ma wielu kręgów bluesowych. Zazwyczaj jest tak, że wszyscy się znamy i traktujemy jak przyjaciele. Blues w Leśniczówce jest po prostu okazją do tego, aby się spotkać, porozmawiać i spędzić razem, wspólnie z publicznością, miło czas.

- A jak to wygląda ze sponsorami?

- 2007 rok, to był istny żywioł. Zespoły z rejonu Kartuz wcale nie brały honorarium, podobnie jak zaprzyjaźniony z nami, pochodzący z Gdyni Mississippi Blues Band. Jedynym kosztem było opłacenie gwiazdy wieczoru, zespołu Tipsy Drivers. Jednak to też odbyło się na zasadzie koleżeństwa. Traf chciał, że dzień wcześniej grali niedaleko, więc odpadły nam koszty transportu. Zapłaciliśmy tylko niezbyt wygórowane honorarium za występ. To wszystko było możliwe dzięki bardzo dobrej współpracy z Urzędem Miejskim i Starostwem Powiatowym w Kartuzach, którzy są współorganizatorami Bluesa w Leśniczówce. Pozyskujemy również prywatnych sponsorów. Chciałbym podkreślić, że najbardziej nas wspomaga Nadleśnictwo Kartuzy. Za darmo udostępniają nam obiekt i cały teren. Z roku na rok dzięki sponsorom staramy się uatrakcyjniać festiwal. W tym roku po raz pierwszy Blues w Leśniczówce będzie trwał dwa dni. Generalnie nie jest to tania impreza, ale dzięki zaufaniu, jakim darzą nas urzędy i nasi sponsorzy, możemy nadal kontynuować nasz festiwal.

- Dwa dni, więc formuła festiwalu się zmieni?

- Pierwszego dnia planujemy tzw. dzień kaszubsko-pomorski, na którym wystąpią zespoły z naszego terenu. Mogę zdradzić, że na pewno wystąpi kapela Young and Zgreds oraz gdyński zespół The Moongang. Drugi dzień będzie miał charakter ogólnopolski. Dodatkowo prowadzimy rozmowy z holenderską grupą, która miałaby uświetnić ten koncert. W tym roku również odbędą się warsztaty muzyczne dla młodzieży, prowadzone przez gwiazdy, które wystąpią na festiwalu.

- Kogo najbardziej chciałby Pan zaprosić?

- Moim marzeniem jest występ zespołu Dżem. Niestety, jest to trudne technicznie i finansowo. Być może na 10. rocznicę naszego festiwalu uda nam się ich ściągnąć. Jest to nasze wielkie marzenie.

- Proszę opowiedzieć trochę o kartuskim bractwie bluesowym „Blue Note”.

- Bractwo powstało w 2007 roku, jeszcze przed Bluesem w Leśniczówce. Założyliśmy je we trójkę i do dzisiaj jesteśmy w trójkę. Co prawda jest grono ludzi, które nam pomaga, więc również są członkami bractwa, ale główny trzon to Leszek Przewoski, Piotr Karwacki i ja. Zostałem wybrany prezesem, no i prezesuję, ale nie czuję i nie lubię być tak nazywany. Traktujemy się na równi i chcę, żeby tak pozostało. Każdy z nas ma mnóstwo pomysłów i każdy z nich zazwyczaj przechodzi do realizacji.

- Wychodzi na to, że jest pan prezesem tylko „na papierze”?

- Dokładnie tak. Ktoś nim musiał zostać, trafiło na mnie.

- Dlaczego akurat muzyka bluesowa?

- Blues to przede wszystkim korzenie. Jako młody człowiek zaczynałem swoją przygodą muzyczną z punk rockiem. Sądzę, że każdy młody człowiek słuchający, lubujący się w muzycy rockowej, również otarł się o ten nurt muzyczny. Od punk rocka przeszedłem przez chyba wszystkie gatunki muzyczne, może oprócz hip-hopu, czy muzyki techno. Pewnego dnia stwierdziłem, nie znając tego cytatu, że blues to przede wszystkim korzenie. Sam doszedłem do tego, że jednak coś w tym jest, że to właśnie ten rodzaj muzyki dał podstawę całej reszcie gatunków okołorockowych. Od tego czasu siedzę w tym bluesie, rozkładam go na czynniki pierwsze. Mam bardzo bogatą kolekcje płyt bluesowych, od bluesa archaicznego do tego nowoczesnego.

- Organizując koncerty bluesowe, widuje Pan na nich młodzież?

- Muzyka bluesowa wśród młodzieży cieszy się małym zainteresowaniem i wcale nie spodziewam się, że na koncerty będą przychodzić ludzie mający średnią wieku 18. Rozumiem to, bo sam, jak już wspominałem, będąc młodym człowiekiem nie lubowałem się w tym rodzaju muzyki. Ja nie zamierzam zmuszać młodzieży do tego, aby słuchali tylko i wyłącznie bluesa. Chcę im tylko pokazać, że ten rodzaj muzyki kojarzy się nie tylko z płaczem i ogólnym smutkiem, bo zauważyłem, że młodzieży z takimi uczuciami się kojarzy. To nieprawda. Owszem, zdarza się, że artyści bluesowi często wyrażają tego typu uczucia, ale w wielu piosenkach wyrażają również radość i zabawę. Na tym polega życie, że bywają w nim momenty przynoszące nostalgię, ale też radość i zabawę. Żeby pokazać esencję bluesa młodzieży, planujemy zorganizować wykłady audio–wizualne. Chcemy pokazać ludzi, którzy tworzyli tę muzykę, pokazać utwory muzyczne, które do dzisiaj są grane. Gdyby nie ten archaiczny blues z lat 20., podejrzewam, że nie byłoby takiej muzyki, która grana i tworzona jest teraz przez artystów rockowych. Wielu z nich przyznaje po latach, że inspiracje do swoich utworów czerpali właśnie z muzyki bluesowej. Takie wykłady chciałbym organizować w szkołach. Nie wiem jak to się przyjmie, ale jeśli okaże się, że jest zainteresowanie, to na pewno ten pomysł zrealizujemy.

- Oprócz muzyki bluesowej, organizuje Pan też koncerty kapel, prezentujących inny gatunek muzyczny?

- Generalnie mówiąc tak, ale rzadko. 2 lutego odbył się koncert kapeli Fucktory, która gra ostrego rocka. Bardzo też lubię i staram się propagować muzykę akustyczną. Może jest to śmieszne albo dziwne, ale uwielbiam damskie głosy. Uwielbiam też kobiety śpiewające bluesa. Moim ulubionym zespołem, który często do nas zapraszam jest trio: Jurek Styczyński, Bartek Miarka i Anika, a także Sebastian Riedel.

- Co dotąd było dla Pana najbardziej miłym i przykrym wydarzeniem?

- Dla mnie jako dla organizatora najbardziej przykry jest brak ludzi na koncertach. Robię koncerty darmowe, gdzie również nie przychodzą ludzie. Osobiście wolę koncerty płatne, bo jednak muzyk, jest to też zawód i również musi zarabiać, aby utrzymać siebie, czy swoją rodzinę. Ale mimo wszystko staram się robić darmowe koncerty, gdzie każdy może wejść, nie płacąc za nic. Niestety, bywa, że nawet kiedy koncert jest darmowy, ludzie nie przychodzą, albo przychodzi ich garstka. Miłym wydarzeniem był koncert Todda Wolffa, który pewnego dnia zadzwonił do mnie i zapytał się, czy może przyjechać do nas do Polski i zagrać koncert za darmo. To było niesamowite, że gwiazda takiego formatu przyjechała do nas specjalnie z Niemiec po to, żeby zagrać koncert, do tego za darmo. Miłe jest też dla mnie to, co dzieje się po Bluesie w Leśniczówce, że ludzie, których znam i wiem, że nie są fanami tego rodzaju muzyki, podchodzą i mówią: „To było coś niesamowitego!”, albo: „ Pokazałeś mi ten zespół, buty mi po tym koncercie spadły, kupiłem sobie ich płytę i słucham jej do dzisiaj”. Są to dla mnie bardzo wzruszające i bardzo motywujące wyznania, które dodają energii, żeby robić to dalej.

- Robi Pan to wszystko bez żadnych korzyści finansowych. Dlaczego? Po tylu latach doświadczeń, mógłby Pan spokojnie organizować koncerty dla firm fonograficznych, które spoko, wypłaciłyby Panu sowite wynagrodzenie.

- Kocham to, co robię i robię to z zamiłowania. Od najmłodszych lat zawsze chciałem być muzykiem, chciałem grać w zespole. Niestety, „na górze” zdecydowano, że jednak nie otrzymam żadnego talentu muzycznego, więc postanowiłem zacząć działać w tym kierunku z innej strony, być w tym..., ale poza sceną. Jestem, działam i uwielbiam to, co robię. Fakt, nie robię tego dla pieniędzy. Robię to tylko i wyłącznie dla własnej satysfakcji. Największą radość sprawia mi, jak ktoś powie, że było to fantastyczne, kupiłem ich płytę, dzięki. Dlatego to robię.

- Przyjąłby Pan propozycję zatrudnienia jako profesjonalny menedżer?

- Nie. Jestem leśnikiem i lubię swoją pracę. Poza tym jestem chyba trochę mentalnie ograniczony co do stylu muzycznego w którym się lubuje i trudno by mi było poza kręgiem bluesa i rocka, zapraszać zespoły, grające inny rodzaj muzyki. Poza tym zawsze traktowałem to jako zamiłowanie i wolałbym, żeby tak pozostało. Oczywiście jestem otwarty na propozycje współpracy, ale wyłącznie w formie amatorskiej, nie profesjonalnej.

- Czy kiedykolwiek otrzymał Pan jakąś nagrodę za swój udział w życiu kulturalnym miasta?

- W Kartuzach nie, ale muszę się pochwalić, że otrzymałem coś takiego w Kościerzynie, bo swego czasu organizowałem również tam sporo koncertów. Zostałem wybrany Człowiekiem Roku w dziedzinie kultury. Otrzymałem statuetkę i jestem z niej bardzo dumny.

- To był dla Pana największy sukces?

- Nie. Największym sukcesem jest dla mnie „Leśniczówka”. To, że wpisała się w kalendarz największych imprez organizowanych u nas, na Kaszubach. Dodatkowo rok temu na jednym z portali internetowych przeczytałem wpis, że jest najbardziej oczekiwaną i pożądaną imprezą na Kaszubach. To jest dla mnie największy sukces.

- A jak udało się Panu kontaktować z takimi gwiazdami, jak chociażby wspomniany przez Pana Jerzy Styczyński, czy Todd Wolff?

- Osoby typu Jurka Styczyńskiego, czy Sebastiana Riedla, są normalnym ludźmi, w sensie zachowania. Na przykład Sebastian Riedel, nigdy nie powie do mnie Krzystof, tylko Kristofer, ze Śląska. Jak jest gdzieś nie daleko, to sam do mnie dzwoni i zaprasza na koncert. A gdzie ich poznałem? Sam nie wiem. Po prostu biorę telefon i dzwonię, przedstawiam się i dalej już leci. Muszę powiedzieć, że dzięki Bluesowi w Leśniczówce jestem rozpoznawalny wśród artystów, bo tego typu imprezy są w Polsce tylko dwie, w Mirachowie i Chorzowie. Dzięki temu, że siedzę trochę w tym, można powiedzieć „fachu”, nie ma między nami takiego dystansu.

- Nie spotkał się Pan dotąd z tak zwanym „gwiazdorzeniem” wśród muzyków, których Pan zaprosił?

- Nie. Były tu naprawdę wielkie gwiazdy, takie jak chociażby niedawno TSA, ale nawet wśród takich kapel, naprawdę nie zauważyłem tego syndromu. Czasami tylko przykre jest to, że ludzie, którzy wygrywają programy telewizyjne, później zapominają o starych znajomych i... gubią numery telefonów do ludzi. Jednak trzeba pamiętać, że te 5 minut mija, a my o tym pamiętamy.

- Ile kapel Pan już do nas zaprosił?

- Dobre pytanie. Nie znam konkretnej liczby, ale mogę powiedzieć, że było ich sporo. Na pewno na Bluesie w Leśniczówce wystąpiła naprawdę cała plejada polskich gwiazd muzyki bluesowej. Podczas wszystkich pięciu edycji wystąpiły takie gwiazdy jak m. in: Michał Giercuszkiewicz, Karolina Cygonek, Kasa Chorych, HooDoo Band i wielu, wielu innych naprawdę wspaniałych gwiazd polskiej muzyki bluesowej. Nie zabrakło również wielu ciekawych artystów ze Stanów Zjednoczonych, jak chociażby Todd Wolf Band. Ten człowiek grał z najlepszymi muzykami na świecie, takimi jak: Eric Clapton, Sheryl Crow.

- Zaliczył Pan jakąś „wpadkę"?

- Każdemu zdarzają się wpadki, ale jako takiej, większej nie miałem. Owszem, pęknięta struna, czy zepsuty „piec” Taddea Wolffa. To była historia! Organizowałem koncert Taddea w Tabace i podczas koncertu siadł mu „piec”. Na szczęście właściciel Tabaki, w ramach hobby, na ścianach trzyma wiele ciekawych pamiątek muzycznych. Jednym z nich był stary radziecki wzmacniacz, na którym Tadd dokończył swój koncert i na dodatek zabrał go ze sobą i gra na nim do dzisiaj.

- To są raczej wpadki dotyczące bardziej muzyków, niż Pana, jako organizatora...

- Chyba takiej dotąd, odpukać, nie miałem. Wszystkie koncerty, które organizowałem, odbyły się bez wpadek.

- Jakie w tej chwili przed Panem plany koncertowe?

- Najbardziej to chciałbym zrealizować wcześniej wspomnianą przeze mnie Akademię Bluesową. Kolega Piotr Karwacki, bezinteresownie prowadzi w Kartuzach warsztaty harmonijkowe dla wszystkich chętnych. W związku z tym mamy w tym roku plan, żeby grupa osób, które uczy Piotr, zagrała w nagrodę na Bluesie w Leśniczówce. Wystąpią przed gwiazdą, na dużej scenie, kiedy będzie zgromadzona największa publiczność. Myślę, że uda nam się to zrealizować. Dla nich zapewne będzie to duże wyróżnienie. Głównym celem jest to, żeby rozpowszechnić muzykę bluesową nie tylko w Kartuzach, ale też na terenie całego naszego powiatu.

- A największa przygoda muzyczna to…?

- Kiedyś w celach zarobkowych wyjechałem do Niemiec. Pracowałem w Hamburgu i pewnego dnia postanowiłem zrobić sobie wyprawę pod nazwą „The Beatles”. Wyprawa polegała na chodzeniu po hamburskich klubach, gdzie grali Beatlesi. No i zrobiłem sobie taką wyprawę. Chodząc po dzielnicy, w pewnym momencie usłyszałem znajomą mi muzykę. Wszedłem do klubu, gdzie biletem wstępu było kupno kufla piwa. Kupiłem, wszedłem, w środku około 30 osób, grał zespół akustyczny. Szczerze mówiąc, średnie zainteresowanie. Tylko ja odniosłem wrażenie, że to jest coś wielkiego i że to znam. Zespół składał się z czterech osób. Stoję pod tą sceną i patrzę się na jednego z gitarzystów i myślę sobie: niemożliwe, ale okazało się, że było to fakt, to był Slash. Dla tych, co nie wiedzą, legendarny gitarzysta zespołu Guns N’ Roses. Tym samym uczestniczyłem w koncercie Slasha za jedyny kufel piwa. Mam do dzisiaj jego autograf. To była jedna z najpiękniejszych moich przygód muzycznych. Jedno niespełnione marzenie to, że posiadam do dzisiaj nieskasowany bilet na koncert zespołu Pink Floyd w oryginalnym składzie z 91 roku, który miał się odbyć w Anglii. Niestety, dzień przed koncertem musiałem stamtąd wyjechać.
Niech pan powie kilka słów o sobie. Kim pan jest prywatnie?

- Prywatnie z wykształcenia i zamiłowania jestem leśnikiem. Mam wspaniałą żonę oraz wspaniałego syna, który bakcyla muzycznego odziedziczył po mnie, z czego się bardzo cieszę. Aktualnie uczy się grać na harmonijce. Uwielbiam podróże, na których przy okazji mogę zahaczyć o jakiś koncert.

- Dziękuję Panu za tę rozmowę i życzę powodzenia w realizacji wszystkich planów.

Rozmawiał Karol Szabucki


 
 
 
„Posłuchaj, co ma do powiedzenia historia”…

… i zwiedzaj muzea i obiekty turystyczne z naszym elektronicznym przewodni...

Kategoria: Inne

 
 
 
Wydawca

Spółka Wydawnicza Remus Sp. z o.o.
pl. Św. Brunona 7
83-300 Kartuzy

Operator

24group.pl - Tworzenie stron internetowych
www.24group.pl
kontakt@24group.pl

Copyright © 2011 Gazeta Kartuska

Partnerzy